Świąteczna hipokryzja



Święta, święta i po świętach, zabrzmi niebawem jak mantra. (I całe szczęście, wyobraźcie sobie, jak stresujące byłoby życie, gdyby święta trwały cały rok!)
I znów zostaną kilogramy niedojedzonych sałatek, ciast i dań, bo przecież nikt już nie pamięta, jak obiecywał w grudniu, że nie będzie już tyle szykował. Jedz, bo się zmarnuje. 

A gdy wszyscy się już najedzą, gdzieś pomiędzy jajeczkiem a śledzikiem, gdy padnie już kilka i tak to właśnie jest, zacznie się to, co przecież wszyscy w świętach kochają najbardziej.
Świąteczna hipokryzja.

Zaczyna się niewinnie. Wszyscy udają miłych, życzliwych i zainteresowanych w stosunku do osób, z którymi widują się tylko kilka razy w roku, przez resztę czasu magicznie o nich zapominając (najczęściej po prostu dlatego że podnoszą nam ciśnienie).Słuchamy przechwałek (och, my w tym roku jedziemy na wakacje do Egiptu, ale bardzo zazdrościmy Wam Bałtyku), ód o kuzynach, kuzynkach i zwierzaczkach (Januszek taki mądry się robi, w tym roku nie spadł poniżej 3.0), deliberacji politycznych (Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!?), no i oczywiście dyskursów naukowych (po co Ci te studia, trzeba było zostać fryzjerką, jak Pysia) i religijnych (ksiądz takie ładne kazanie powiedział, szkoda, że pedofil, huehuehue).
Pakujemy więc coś w usta, żeby tylko zająć czymś język, na który nasuwają się kąśliwe uwagi. 
Nie kupuję tej całej farsy.

Uruchamiamy więc wspomnienia, korzeniami sięgające czasów, gdy byliśmy młodzi i jeszcze nie tak odrębni, próbując nawiązać dyskusję, która poziomem sięga trochę wyżej niż rów Mariański, jednocześnie starając się jak najbardziej odwlec nieuniknione.
Niewygodne pytania.

A jakiegoś kawalera/pannę to już masz? Kiedy ślub? Kiedy jakaś normalna praca? Kiedy dzieci? Jak to nie jesz mięsa? Kiedy kolejne dziecko? Kiedy awans? Kiedy się w końcu ustatkujesz?
A bo ja w Twoim wieku...

Udajesz więc, że dławisz się tym, co akurat przeżuwasz, gdzieś kątem oka dostrzegając, że ciocia Grażynka mocno kibicuje, aby kęs nie dał za wygraną.  (Kaszlesz, chora będziesz, to dlatego, że za mało jesz, weź dokładkę.)
Ktoś podłapał temat i wyraża własne zdanie, a Ty zaciskasz doń na widelcu wyobrażając sobie, jak wbijasz go w głowę mówcy i właśnie wtedy słyszysz swój głos
Już dziesięć lat minęło od śmierci wujka Zdziśka, jak myślicie, kto będzie następny?
Ups.

To jest strasznie słabe w tej całej świątecznej szopce. Ja nie lubię udawać jak coś mi nie pasuje.
Z mojego punktu widzenia świąteczne spędy przy stole mają sens, tylko i wyłącznie wtedy, gdy rodzina ceni sobie wartości rodzinne i dba o nie przez cały rok.
Gdy święta są wykorzystywane po to, aby celebrować wolne chwile spędzane razem, nie po to, by - ubrani w najlepsze ubrania z szafy - pokazać innym, iż czujemy się od nich lepsi, mądrzejsi i - oczywiście - bogatsi.
Rzecz jasna mając głęboko w poważaniu, o co tak naprawdę w tych świętach chodzi. Bo większość nie widzi w nich nic poza króliczkiem. Czy w tym całym galimatiasie ktoś myśli o Jezusie?
Jedz, bo się zmarnuje, po co ja tyle szykowałam?

W świętach nie chodzi o to, aby przez dwa dni trzymać kija w dupie. Cieszcie się rodziną.
Alleluja.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Dagmara Górzkowska

Dagabout to luźna analogia gadabout, czyli włóczykija. Jak Włóczykij (który był moją pierwszą miłością!) wciąż kręcę się po świecie w poszukiwaniu swojego idealnego miejsca. Poza podróżami kocham także książki, dźwięki gitary, bajki Disnaya i dobre, bezglutenowe, wegetariańskie jedzenie. Zwykłe jedzenie też lubię, ale jest to miłość niespełniona, od kiedy w nasz związek weszło Hashimoto. Jestem niebrzydka, niegłupia, nieskromna, raczej miła, chociaż mam czarne poczucie humoru. Jeśli jesteś tu pierwszy raz - napisz mi coś o sobie, chętnie Cię poznam!
    Skomentuj na Bloggerze
    Skomentuj na Facebooku

0 komentarze:

Prześlij komentarz